Po grani

Janek wyjął z plecaka półlitrową flaszkę wódki i postawił dwa metalowe kieliszki rodem z PRLu na wilgotnej skale. Wprawnym ruchem rozlał alkohol. Nela obserwowała go kątem oka. Choć stali na kamiennym spiętrzeniu ramię w ramię, czuła się jak podglądacz. Jakby to, co się działo, nie było przeznaczone dla niej. Równała więc oddech, przeganiała ostatnie strzępy strachu, który towarzyszył pokonywaniu zabezpieczonych łańcuchami  progów i płyt i próbowała wypatrzeć rysy Matki Boskiej tkwiącej w ścianie Zawratowej Turni. Po lewej stronie, nad szeroką przełęczą, z której do stóp figury opadał piarżysty żleb, niebo stopniowo zmieniało barwę z szarej na błękitną. Janek wyrwał kobietę z zamyślenia, gasząc jej czołówkę. Wskazał na kieliszki.

– Wypijesz ze mną?

– W górach? Sam mówiłeś, że w Tatry po pijaku – nigdy. A wiesz, że mam słabą głowę.

Spojrzał na nią ponuro. Jego twarz wyglądała jak kamienna maska. Gdyby nie opadające wzdłuż niej długie, jasne włosy i błękit oczu, wtapiałaby się w szarość górskich ścian.

– Nie upiję cię przecież. Nela, to bardzo ważne.

Posłusznie podniosła kieliszek. Mężczyzna zakręcił butelkę i chwycił swój. Przez chwilę trwali tak, zawieszeni w urwanym geście toastu. I nagle ciszę przeciął głos Janka:

– Za ciebie, Mikołaj! Do zobaczenia, przyjacielu. I żeby ci tam nie brakło!

Butelka pofrunęła w stronę ściany i roztrzaskała się na kamieniach. Wychylili kieliszki i zamarli z opróżnionymi, wpatrzeni w potłuczone szkło. Nela czuła się nieprzyjemnie. Podobne gesty – także w świecie sztuki, w którym się obracała – miała za puste zagrania pod publiczność i dla ckliwych znajomych. Tu jednak pasowały. Może dlatego, że nie było publiczności? Może dlatego, że Jan w nie wierzył? A może dlatego, że górom nie potrzeba ludzkiej wiary, czy niewiary… I Nela pierwszy raz czuła, że kogoś tak bardzo nie obchodzi jej zdanie. Po dłuższej chwili ruszyli w górę. Obserwator na szlaku dostrzegłby po prostu dwoje turystów po trzydziestce. Ubranych sportowo, na pierwszy rzut oka profesjonalnie, ale bez kijków czy uprzęży. Łatwo poznałby niepewność w ruchach kobiety i doświadczenie mężczyzny. Ot, zwyczajna rzecz – przewodnik i jego towarzyszka. Tylko że przewodnika nie było.

Na przełęczy Janek ukucnął nad plecakiem i długo w nim grzebał. Grał na czas. Chował latarki, coś układał. Nela widziała, jak drżą mu ręce. Wspomnienie o przyjacielu starło łagodny uśmiech, którym raczył kobietę całą drogę. I gdy wypluwała płuca, próbując za nim nadążyć na kamiennych stopniach, i gdy walczyła z półtorametrowym skalnym progiem, trzymając się łańcucha, jakby za plecami miała bezdenną przepaść. Usiadła nieco na uboczu.

– Pięknie tu.

– Pięknie to dopiero będzie.

– Czy równie strasznie?

– Bardziej.

– Aha. – Zapatrzyła się na ścieżkę, którą mieli iść. Wydawała się łagodna i bezpieczna, ale prowadziła ku skalistym masywom, których pokonywania Nela nie umiała sobie wyobrazić. – Nieźle. Dotąd ogarniałam, że jest Giewont i Kasprowy… A teraz nagle Orla Perć.

– Dotąd to ogarniałaś Watrę i knajpy na Gubałówce.

Podszedł i obrócił kobietę ku sobie. W ręku trzymał jej czerwony pantofel na dwunastocentymetrowym obcasie. Do wąskiego paseczka zapinanego wokół kostki przyczepiony był karabinek. Janek próbował się uśmiechnąć, ale bezskutecznie.

– Przytrocz to gdzieś do plecaka. Tylko przywiąż czymś, żeby się nie majtał.

– Dlaczego go wziąłeś?

– Bo Mikołaj zawsze przypominał, że w górach trzeba być sobą. Narzekał, że turyści szykując się na wyprawy zapominają o tym. Zbroją się w czekany, zakładają mundury z gore-texu i idą na wojnę. Jak dziś wyszłaś z pokoju, to cię ledwo poznałem. Ty siebie pewnie też.

***

– Powiesz mi, co się stało z Mikołajem?

Nela próbowała powitać radością pierwszy zdobyty szczyt – Mały Kozi Wierch – wciąż jednak czuła przytłaczającą atmosferę Zawratowej Turni przyglądającej się żałobnym rytuałom Janka. Temat sam wracał.

– To nie wiesz? Zginął od porażenia piorunem.

– Wiem. Ale przecież byliście wtedy razem. Jak to się dokładnie stało?

Westchnął ciężko. Przez chwilę bawił się przyczepionym do plecaka karabinkiem.

– Kiedy schodziliśmy z Zawratu na Halę Gąsienicową – wiesz, tam, skąd teraz przyszliśmy – rozpętała się burza. Mikołaj był przewodnikiem, świetnym taternikiem. Radził, żebyśmy szli żlebem – po tym piargu. Na łańcuchach łatwiej oberwać piorunem. Zresztą kiedyś tamtędy wiódł szlak, więc pomysł nie był jakiś wariacki. Tylko że byliśmy późno, zrobiło się już ciemno. Byłem przyzwyczajony do standardowej trasy. Chodziłem tamtędy setki razy – już prawie na pamięć. Wolałem iść szybciej po łańcuchach niż wlec się albo połamać sobie nogi w żlebie. Uznaliśmy, że będziemy się trzymać w zasięgu wzroku, ale każdy pójdzie po swojemu. Ryzyko wydawało się małe. Obok wysokie szczyty, całe w łańcuchach. Bardziej chodziło o komfort i tempo zejścia. On wszedł w ten żleb. Chwilę później trzasnęło. Wedle wszelkich reguł powinno zabić mnie na tych zasranych łańcuchach. A poraziło Mikołaja.

– Śmierć na miejscu?

Janek pokiwał głową.

– To nie twoja wina.

– Moja nie… Może mojego widma. Miał pomóc mi z nim walczyć. Zresztą… Nie – uciszył ją ruchem ręki, gdy chciała pytać. – Nie teraz. Idziemy. Nie powinnaś dać mięśniom ostygnąć.

Mały staw wypełniający dno kotła zdawał się mrugać do Neli promieniami słońca. „No chodź. Jeden ruch. Jeden fałszywy krok”. Gestem wtórowały mu podnoszące się znad hali mgły. W żlebie czy kominie czy rysie czy… (Te wszystkie nazwy tak irytowały!) było zimno, ślisko, a gdzieś w połowie ściany ciurkała woda. Kobieta stała struchlała na szczerbie, palce obu dłoni wpijając w pęknięcie w ścianie. Janek szedł już w dół. Dłonie sprawnie przepuszczały łańcuch, nogi zdawały się same znajdować podparcie. Nela nie miała wątpliwości, że te same kamienne zęby, które podtrzymują mężczyznę, ją pokąsają i sponiewieraną rzucą do przepaści.

– Janek… Janek! Nie dam rady. Nie ma mowy. Wracam – recytowała, jak mantrę, rozpalając swój strach bardziej i bardziej.

Obrócił się, odchylając od ściany. Łańcuch trzymał swobodnie jedną ręką, drugą opuścił luźno wzdłuż ciała. Nogi jej miękły na sam widok.

– Nie idę, słyszysz? Boję się!

– Wiem. To się bój, ale idź.

– Wracam!

Westchnął ciężko.

– Jeśli się uprzesz, wrócimy. Pomyśl chwilę, czy naprawdę ten strach jest tak silny, że musisz zrezygnować i mi powiedz. Zdecydujemy.

Oczywiście, że był. Był tak silny, jak jeszcze nigdy w życiu. Był wart tego, by nie rezygnować. Nela chwyciła w ręce łańcuch. Czuła jego chłód przez rękawiczki. Zacisnęła dłonie tak mocno, że aż zabolały ją palce.

– No i spokojnie – mówił Janek, nie spuszczając jej z oka. – Noga jak najbliżej ściany, tyłek też. Jedną ręką trzymaj się skalnych występów, nie będzie cię tak odginało. Dobrze. Teraz duży krok. Po prostu przejdź ten próg, jakby to były niewygodne schody. Jak nie sięgasz, to zsuń się po łańcuchu. Dobrze. I teraz…

Mgła zasnuła wylot żlebu. Zmarzły Staw znudził się widowiskiem.

– Widzisz?! Potrafisz!

Kolejne podobne przejście Nela pokonała bez zawahania. Choć nie bez trudności i strachu. Orla Perć coraz odważniej prezentowała swoje szpony, maskując je co chwila pięknymi piórami widoków. Dzień wlał się już na dobre w dolinki i teraz pasma mgieł tańczyły przetykane blaskiem stawów i grą światła na zroszonych skałach. Nela balansowała po grani między euforią a paniką. Czy też raczej raz spadała na jedną, raz na drugą stronę. Sama już nie wiedziała, czy bardziej wyczerpane tą szarpaniną ma ciało, czy umysł. Janek uznał, że ciało. Z szerokiej turni, na którą dotarli spokojnym trawersem, opadała w dół metalowa drabinka. Choć przyśrubowana do skały, sprawiała wrażenie delikatnej i niepewnej. Kończyła się skośną półką idącą dalej ku wąskiemu wcięciu między dwiema górami.

– Odpocznij. Musisz mieć pewne ręce. Na Koziej Przełęczy nie ma miejsca na postój, a dalej jest intensywny kawałek wspinaczki.

Zsunęła plecak z ramion i pochyliła się, opierając dłonie na udach. W liceum tak odpoczywała po biegach na wuefie. Nie pomagało, ale wszystkie dziewczyny z kółek sportowych to robiły, więc ona też. Wzrok padł na przytroczoną do klapy szpilkę.

– Trzydzieści pięć lat to trochę późno na robienie kondycji. Ale te przygotowania coś dały, wiesz? Szkoda tylko, że nie wziąłeś mi jeszcze kiecki. Wtedy już naprawdę byłabym sobą – zaśmiała się.

Odpowiedziała jej cisza. Janek stał na skraju Zamarłej Turni, wpatrzony w białe, gęste chmury, które zawędrowały pod grań. Wśród nich majaczyła czarna sylwetka otoczona aureolą barw. Nela podeszła i oparła mężczyźnie ręce na ramionach. Spodziewała się ujrzeć i swój cień, ale nic takiego nie zaszło. Widmo stało wśród chmur na szeroko rozstawionych nogach. Rozmazane kontury sylwetki zdawały wyciągać się ku parze niczym cienkie, giętkie macki.

– Ja… Janek?

– Odpoczęłaś? To ruszamy. – Drżał na całym ciele, ale głos miał pewny.

***

– Po prostu nie patrz w lewo – powiedział, gdy stanęli na Kozim Wierchu.

Nad Kozią Dolinką wciąż czaiło się widmo, ale to nie Neli zadaniem było się z nim mierzyć. Dla niej był rozświetlony Wielki Staw i białe linie Siklawy. Janek poznawał koleżankę zupełnie nową – zmęczoną, wystraszoną i zaskoczoną. Mimo pięciu godzin wspólnej wędrówki wciąż odruchowo szukał jej twarzy za wysoko. Zawsze chodziła na szpilkach.

– A jeśli popatrzę w lewo?

– Nie szkoda ci tracić takich widoków dla jakiejś mary? Przecież w nią nie wierzysz.

– Jej to najwyraźniej nie przeszkadza. Boisz się. – Spojrzała na niego poważnie. – I w to wierzę. Kim lub czym jest?

– Mówi się na to widmo Brockenu. Własny cień na chmurze.

– Mojego tam nie było.

– Bo dziś w ogóle światło i chmury nie powinny wywołać tego zjawiska. Ono jest czymś więcej. Pierwszy raz przyszło do mnie na Rysach. Powiedziałem o tym Mikołajowi w ramach ciekawostki. Wiesz, znałem zabobon mówiący, że widmo Brockenu to przepowiednia śmierci w górach. A trzy takie doświadczenia to pewność, że od śmierci w górach jest się bezpiecznym. Ale Mikołaj się zaniepokoił. Rozmawiał o tym z jakimś toprowcem. Kazał mi uważać. Potem zrozumiałem. Ono po mnie idzie. Powoli. Najpierw towarzyszyło mi we wspinaczkach na Czarne Ściany, na Żabią Lalkę… Pojawiało się, gdy szedłem granią, czasem czekało na mnie w żlebach. Potem znalazło mnie nawet w reglach albo odbijało swoją twarz w stawach. Kiedyś od zmierzchu do świtu byłem bezpieczny, teraz czasem i nocą się zbliża. Górale mi mówili, że nie odpuści. Że w końcu mnie zabije.

– Dlaczego nie zrezygnujesz z gór? Po co tak ryzykować? Nawet mnie zmroziło, jak go zobaczyłam…

– Może mi to zostało z dzieciństwa, może z wojska. Ja się nie poddaję. Nie umiem. Nie w górach, gdzie wreszcie mogłem uciec od tych, co mnie zatrzymywali i próbowali ściągnąć do swojego poziomu. Tu już nie chodzą pokonani. Wstyd by mi było uciec. Wiem, że w Tatrach jest odpowiedź na tę klątwę. Moja ostatnia szansa. Tak mówił Mikołaj i ja to czuję. Chciał mi pomóc. Miał być przewodnikiem na tej wyprawie, ale… – Zawiesił głos.

– Rozumiem. – Milczeli przez chwilę. – To idziemy?

Skinął głową.

– Nela, a co ty właściwie w tym wszystkim robisz? Czemu chciałaś mi towarzyszyć?

– Też miewam swoje prywatne boje – mruknęła.

Wygodna ścieżka biegła w dół. Pozwalała uciec od niechcianych pytań. Wszystkie widma zostawiała po północnej stronie grani.

1

Comments

  • Ten tekst ma w sobie nieuchwytny czar. Podobało mi się szczególnie rozpoczęcie: mocne, a jednak nie przesadzone, bez zbędnej tkliwości… Naprawdę „górskie”, bez miejsca na rozpamiętywanie.
    Świetne!

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *