Po grani

Szlak dał tylko chwilę wytchnienia. Zaraz odbił ku górze, by wśród skał niepostrzeżenie przewinąć się przez grań i rzucić parę stromym, piarżystym żlebem w dół. Zmęczona Nela stosowała się do żelaznej zasady „pięciu punktów podparcia”. Zsuwając się krok za krokiem, obijając pośladki o kamienie i klinując nogi i ręce, gdzie tylko się dało, dotarła wreszcie do kolejnej odbitki w górę. Uzbrojony w łańcuchy i klamry komin wydał się miłą odmianą po kwadransie „dupozłazu” – jak określał technikę koleżanki Janek. W połowie wysokości kobieta  obróciła się ku niemu. Chciała zawołać, by zrobił jej zdjęcie, ale wzrok przykuły dwa czarne punkty tkwiące na sterczącej ze żlebu skale. Ledwo musnęła je spojrzeniem, zakrakały i poderwały się do lotu. Czarne skrzydła miarowo biły powietrze, lecz ptaki leciały w tył. Powoli, ale konsekwentnie – jakby ktoś puścił film od końca. Nela starała się odwrócić od nich wzrok. Drżała i ledwo stała na nogach. Dłonie na łańcuchu prawie zupełnie rozluźniła. Chciała cofnąć czas albo przewinąć ten film do momentu, gdy zapomni. Janek krzyknął w przestrachu i wspiął się do niej. Zastawił ciałem i przycisnął kobietę do ściany komina.

– Nela, ocknij się. Słabo ci?

– Wi… widziałeś je?

– Tak. Pewnie wiatr je spycha. Tu tak bywa – odparł, choć wiatru nie było.

Prawie siłą musiał doprowadzić kobietę na Zadni Granat. Widmo szło obok i próbowało oplatać ramionami ich obojga. Raczej z ciekawości czy złośliwej przekory niż w prawdziwym ataku. Wreszcie spłynęło wzdłuż stoków. Janek domyślał się, że czekać go będzie w rejonie Skrajnej Sieczkowej Przełęczki. Ale teraz wydawało się to tak odległe. Na szczycie Nela zaczęła odzyskiwać siły, choć nie spokój. Ku Pośredniemu szła jak robot, stawiając mechanicznie nogi i obojętnie stosując się do rad. Janek nie był pewien, czy bardziej boi się o nią, czy jej. Nie mrugała, oddech miała świszczący, a na policzkach wypieki, które zgasił dopiero zimny wiatr na szczycie. Znad Rysów pędziły już burzowe chmury wygrażając od czasu do czasu. I to wraz z ich pomrukiem do Neli dotarły natarczywe pytania Janka.

– Nie myślałam, że tu jest aż tak na opak. Przyjęłam wyzwanie, bo chłopak, który je rzucił nie dał mi wyboru…

– Wyzwanie? Wyjaśnisz?

– A nie powiesz nikomu? Błagam. Tak mi wstyd.

Patrzył na nią zdumiony. Hałaśliwa, pewna siebie Nela – charyzmatyczny nauczyciel, bezwzględny krytyk, ale i człowiek gotów wydrapać oczy w obronie ukochanych czy podziwianych – nigdy nie mówiła takich słów. Nawet jeśli palnęła coś idiotycznego podpisywała się pod tym z całym rozmachem. Teraz zaś chciała ciszy. Czegoś, co akurat Jankowi przychodziło łatwo.

– Nikomu.

– Do mojej redakcji spływają często próbki różnych prac graficznych. Jacyś malarze próbują wywalczyć promocję wernisażu czy prezentację sztuki. Mamy mały zasięg, ale sporo znajomości. I jeden taki amator pisał do mnie. Z górami, górami, górami. Kicz. Tandeta. Giewont o zachodzie słońca, Morskie Oko w śniegu i tak dalej. Tylko jelenia na rykowisku brakowało. I te kruki. Ostatnie, co wysłał, to kruki w jakiejś dolinie. Najpierw mu odpisywałam uprzejmie, ale wtedy już miałam dość. Trafił na fanpage’a jako przykład tego, czego wysyłać nie należy. Co sztuką nie jest. W tydzień później napisał do mnie jego ojciec. Zwykłą pocztą. Poinformował, że syn leży w szpitalu. Zrobił coś głupiego – facet nie tłumaczył. Do listu załączył coś, co ten chłopak napisał do mnie, ale nie wysłał.

Popatrzyła ze smutkiem na ciemny wał Kozich Czubów, które zostawili już za sobą.

– To było: „Ostatnie wyzwanie. Idź, kobieto, na Orlą i zobacz te kruki. Bo nie rozumiesz”. I na końcu jeszcze podpis: „Konrad, lat 13”. Trzynastolatek, rozumiesz? Jak te gnojki, które uczę wiedzy o kulturze

– I musiałaś…?

– Ty byś nie podjął tak rzuconej rękawicy? Odważyłbyś się nie sprawdzić, co chce ci pokazać dziecko?

– Podjąłbym.

– I najgorsze, że teraz widzę te kruki i wiem, czemu były na obrazie. Wiem, co on w nich widział. I mam kompletny mętlik w głowie. To nie może być tak, żeby dzieło nie mogło funkcjonować bez doświadczenia odbiorcy, ale… tu wszystko w ogóle jest na opak. Są widma, wierzenia i dziwy. I boję się, że ten dzieciak lepiej wiedział, czy to, co namalował jest dobre, czy złe. A ja przywaliłam nie jego pracy, tylko jego wrażliwości.

Janek splótł palce.

– Ja się na tym nie znam. Ale myślę, że Tatry mogą was pogodzić. One trochę wszystko zmieniają. Tylko że nie są sztuką, ale doświadczeniem. Jak był spór o to, czy Słowackiego złożyć w Tatrach, jeden z przeciwników tego pomysłu (nie pamiętam, kto) pisał, że gór nie należy psuć sztuką. Że nie powinien nad nimi powiewać żaden duch artyzmu. Człowiek, który kocha góry, nie może im dodawać niczego od siebie, lecz wręcz każdy swój ślad zacierać. Może dlatego się nie zrozumieliście – dzieciak rozumował w swoich kategoriach, ty w swoich.

Zamyśliła się.

– To też ci powiedział Mikołaj?

– Nie pamiętam. Może sam czytałem. A bo…?

– Bo on miał mnie prowadzić po tej Orlej. Tylko nie zdążyliśmy.

***

Janek czuł, że sam też nie zdąży. Ostatni, trudny odcinek grani Granatów, potem szczyt i jeszcze Buczynowe Turnie. Burzowe chmury czekały po drugiej stronie Doliny Pięciu Stawów. Wiedział, na czyj ruch. Południowe słońce wysoko, chmury nisko. Zimne palce widma, które czasem próbowały zacisnąć mu się na karku, teraz łaskotały lekko w kostkę.

Sieczkowa Przełączka coraz bliżej. Ostatni próg, kilka kroków po skalnej półce i…

– Masz ten sławny krok nad przepaścią – Jan próbował się zaśmiać, ale coś dławiło go w gardle.

Nela podeszła. Przestraszyła się lekko kilkunastu metrów powietrza pod stopami, roześmiała i, nim zdołał jej dać jakąkolwiek radę, chwyciła oburącz łańcuch i przekroczyła rozpadlinę. Nic nie mówiła, ale widział, że jest z siebie dumna. Swoją prywatną bitwę wygrywała. A on…?

Patrzyła, jak, niefrasobliwie przytrzymując się łańcucha, staje na krawędzi przepaści. Już miał przejść, gdy z doliny podpłynął obłok. Czarne dłonie widma wychynęły ze szczeliny i zacisnęły mu się na nodze. Krzyk zamarł Neli w gardle. Jankowi łańcuch wyślizgnął się z dłoni. Przez sekundę mężczyzna walczył, by odzyskać równowagę i się cofnąć, lecz widmo nie odpuszczało.

Silne ramię objęło Janka w pasie i przeciągnęło na drugą stronę. Wpadł na Nelę, omal jej nie przewracając. Spojrzał za siebie. Postawny facet w niebieskiej, sportowej kurtce stał w rozkroku nad rozpadliną, przytrzymując się łańcucha. Zdawało się, że wcześniej musiał odpoczywać na kamieniach obok – na ziemi walał się przewrócony termos.

– Dzięki. – Janek z trudem odzyskał oddech.

… Nela zaś go straciła, gdy mężczyzna się odwrócił.

– Nie ma za co – rzucił, pocierając zarośnięty policzek.

Po lekkich wypiekach można było się domyślić, że herbata była „po góralsku”. Cały Mikołaj – niezawodny, roześmiany i używający życia.

– Za szybko, za gwałtownie… – stwierdził do Janka, gestykulując szeroko rękami. – Idziecie w góry, nie na wojnę. Potrzebujecie przewodnika.

***

Przez kolejne godziny Nela odkrywała, że potrafi wędrować po Tatrach, nie wypluwając płuc. Że widzi nie tylko to, czego szuka, by zrujnować swój światopogląd. Mikołaj cierpliwie wskazywał im odległe szczyty, wymieniał nazwy i opowiadał anegdoty. Gdy zaś dostrzegał, że jego towarzysze zbyt swobodnie się czują, naraz powracał do opowieści o tragediach i marach w Tatrach. Janek to wszystko znał, ale zmarłego słucha się inaczej. Na nowo. Uderzenie burzy przeczekali pod skalnym nawisem, którego bokiem biegły klamry. Przynajmniej Nela, bo jej kompani ledwie się mieścili. To było jedyne wyjście – aż do samej przełęczy Krzyżne nie mieli którędy uciekać. Mikołaj wydobył z plecaka piersiówkę.

– Jak już was podejmuję w baszcie, to pozwólcie, że wzniosę toast. Za was. Za nas. Jak wolicie!

– W baszcie? – mruknęła Nela.

– To nad nami nazywa się Orla Baszta – uzupełnił Janek, gdy Mikołaj pociągał łyk.

– Przepraszam, że nie mogę was poczęstować – podjął przewodnik.

Nachylił się do przyjaciela i poklepał go po ramieniu.

– I dziękuję stary. Wierz mi, doceniam każdą kroplę.

Wraz z jego śmiechem znów zagrała burza. Gdy Jan mu zawtórował, ucichła.

– O, świetnie! Idziemy.

– Spójrzcie jeszcze raz za siebie.

Czarny wał gór odcinał się na tle rozpogodzonego nieba. Burza odeszła, wymywając mgły z dolin. Pozostały po niej kaskady zdobiące ściany srebrnymi łańcuszkami.

– Cała Orla Perć wasza. Zaraz Krzyżne. Zejdziecie w dół i więcej się nie zobaczymy.

– Ty nie schodzisz?

– A po co? W dolinie poradzicie sobie bez przewodnika. Ta wasza wojna skończona. Opiliśmy z Tatrami waszą kapitulację…

– No tak. Z górami nie wygrasz… – rzucił w powietrze Janek.

Mikołaj zmarszczył brwi.

– Inaczej. Z górami nie przegrasz. Stojąc z górami ramię w ramię nie przegrasz.

2

Comments

  • Ten tekst ma w sobie nieuchwytny czar. Podobało mi się szczególnie rozpoczęcie: mocne, a jednak nie przesadzone, bez zbędnej tkliwości… Naprawdę „górskie”, bez miejsca na rozpamiętywanie.
    Świetne!

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *