Wielcy jak góry (część 1.)

Wlewali się dolinami, jak woda wzburzonych rzek, rozbijając się o skały i grzęznąc w rozpadlinach. Z zachodu nadciągał ciemny korowód ludzi równin pod błękitnymi sztandarami, ze wschodu zaś umundurowani na jasno pod sztandarami krwawej purpury. Później czerwień zrównywała ich ze sobą gdzieś między przełęczą Hozmat i ścianami Grzmotów. W latach wojen przybywali w nasze góry wraz z wiosną, niepomni na to, że na wysokich szczytach wciąż rządzą śniegi i odchodzili późną jesienią, gonieni przez ulewy i nadciągający mróz. Docierali nie wyżej niż na szerokie, łagodne przełęcze, więc ich chaotyczna bieganina była nam – ludom Tyyine – obojętna. Gniazda mieliśmy wśród szczytów i znaliśmy dziesiątki dolin i hal niedostępnych żołnierzom. Tam polowaliśmy na zwierzynę, stamtąd znosiliśmy w koszach owoce, korzenie, nadrzeczne, mocne trzciny, a także korę i drewno. Jeśli wojna nie pognała z hal juhasów, braliśmy od nich płótna, żyntycę i owce. Gdy po walkach zostawały tylko krwawe ślady, zabieraliśmy martwym porzuconą broń i wykute z metalu tarcze. Nic ponadto, gdyż jedynie to, co oczyści ogień serca gór Tyynie może być zabrane. Reszta należy do duchów. Przestrzegaliśmy z uwagą tradycji i wierzyliśmy, że obcy nie mają dość siły i wiedzy, by piąć się wyżej. By pojąć turnie – ich łaskę i gniew – trzeba było żyć w gniazdach. Tak myśleliśmy… Tak myślałem…

***

Przyszła kolejna wojna, a z nią kolejne hufce, które bacznie obserwowaliśmy ze skalistych szczytów. Wiedzieliśmy już wcześniej, że sposobią się do walk – całą zimę ich wywiadowcy szturmowali pojedynczo lub w małych grupach niedostępne granie, pełźli żlebami i przepadali na śliskich upłazach. Słyszeliśmy wrzaski ludzi niesionych lawinami i lamenty tych, których uwięziły jaskinie o stromych, zalodzonych ścianach. Niejednego wyrwaliśmy śniegom z gardła i odebrawszy zapłatę dla gór, wyprowadzaliśmy na szlaki. Kilku pozwoliliśmy przeczekiwać wściekłość zimy w skórzanych namiotach i wyściełanych futrami jaskiniach naszych gniazd. Nie rozumieliśmy, gdy mówili, po co tu są. Myśleliśmy, że kłamią, opowiadając o naturze zamiast o wojnie. Zlekceważyliśmy ich słowa. I wkrótce mieliśmy odkryć, że nie tylko za lekceważenie gór się płaci.

By to odkupić, przez wiele tygodni budziłem się każdego ranka pod innym niebem, niesiony gniewem i obawą, wypatrując, jakie dziś kolory niosą na skrzydłach oszalałe orły i sokoły. Byłem świadomy, że mój lud drży w gnieździe i przeklina mnie – Rysta, wodza, który odszedł w godzinie próby. Ja zaś szukałem odpowiedzi. Przez lata znajdowałem je w słowach ptaka, który raz patrzył oczyma pustułki, to znów błyskał czerwonawymi piórami pomurnika albo przestrzegał mnie niepowstrzymaną paplaniną siwerniaka. Zniknął jednak, przestał nawiedzać nasze gniazdo. Wiosna nie przywiała go z powrotem z dolin, miast tego skrzydła jego braci zaczerniły niebo i otworzyły ludziom równin wojnę tam, gdzie góry dotąd jej wzbraniały.

Nim odszedłem, próbowałem zrozumieć. Wpatrywałem się we wrzenie pod naszymi stopami i słuchałem łomotu skrzydeł nad głowami. Zmiennokształtne bestie, przyobleczone w ludzkie i zwierzęce ciała duchy gór, które nazywaliśmy druidami walczyły po obu stronach, opadając spomiędzy turni na szeregi wrogów. Przenosiły ogień, a te największe, przywdziawszy orle skrzydła zdolne przesłonić słońce w piękny dzień, nawet ludzi. Druidzi maszerowali ciężko w ciałach niedźwiedzi, karmieni mięsem kozic podawanym im na długich drągach albo jeszcze żywych ludzi, rzucanych im w sieciach. Otwierali żołnierzom drogi do ukrytych hal, nieskończonych jaskiń i źródeł, których woda rozbudzała zmysły.

Straciliśmy nasze tajemne szlaki i wiecznie ciche doliny, z których mogliśmy nieść ku graniom żywność. Na hale, niegdyś strzeżone stromymi ścianami i piarżyskami, wdarły się wojska, którym nie mogliśmy sprostać. Wyczerpani walką z zimą i chłostani deszczami nie mieliśmy skąd zaczerpnąć nowych sił. Odcięto nas od życiodajnych lasów i łąk, na których juhasi z równin zwykli wypasać owce. Spłoszone zamętem kozice stały się jeszcze trudniejsze do pochwycenia niż dawniej, zadeptane rośliny traciły swe życiodajne właściwości. Zaczęliśmy obumierać razem z górami. Popełniłem wtedy grzech rozpaczy. Wypatrywałem na niebie Wizana, modląc się, by nie był wśród tych stad okiełznanych miękkimi dłońmi ludzi równin. Usiłowałem dostrzec kształt jego mądrości w rybach, które spływały potokami do dolin, by nasłuchiwać rozkazów wydawanych przez siły wroga, a później nieść je w zamian za swoją łatwo zdobytą strawę do oficerów. Dopiero, gdy stare kobiety poczęły gadać, a młode chorować i wydawać na świat dzieci zbyt słabe, by przeżyły czasy próby, pojąłem, że w swej tęsknocie za podpowiedzią zapomniałem, że to nie on był mi wodzem, lecz ja powinienem być wodzem ich wszystkich.

Zwołałem starszyznę mego gniazda i opiekunów kilku innych, by zdecydować, co dalej począć. Noc nam sprzyjała. Góry wyładowywały swą wściekłość, siekąc naokoło deszczem, dając nam poczuć na skórze, w nozdrzach i na języku ich potęgę. Zachłystywaliśmy się nią, rojąc szaleńcze plany i wymieniając radami starych widzących. Pojęliśmy, że pozwoliliśmy, by ludzie równin obrócili naturę przeciw nam. Nam, którzy uważaliśmy się za zespoleni z nią tak, że nie dało się tknąć w tych górach źdźbła trawy, byśmy tego nie spostrzegli. Nie czułem jednak gniewu, lecz wstyd. Tym chyba różniłem się od pobratymców, którzy chcieli odebrać ludziom, co nasze. Ja już wiedziałem, że góry oddały im coś, czego my nie umieliśmy uszanować. Przez dwa dni nie wstawało słońce, gdyśmy się spierali, a potem i mierzyli z sobą w czarnym deszczu. Trzeciego dnia, choć nie byliśmy ani o krok bliżej decyzji, ostre słońce, znajdujące sobie drogę nawet do jaskini, w której obradowaliśmy, przecięło nasze dyskusje. Wróciliśmy do swoich gniazd bardziej podzieleni niż przed spotkaniem. Między sobą i każdy wewnątrz swojej duszy.

– Ty wróciłeś z całym sercem, Ryst – odezwała się do mnie matka, gdy dwa dni później przywędrowała z gniazda na grani Thyrmu. Mówiła ze zdumieniem wieszczki, która odkrywa, że jej przewidywania znów się sprawdziły. – Pierwszy będziesz musiał dać je sobie przebić.

– Czemu tak mówisz?

– Bo Tyyine żądają ofiary za swoją łaskę – odparła karcącym tonem.

Rozgniewała mnie. Niczego nie brałem od gór, nie dając im wcześniej swojego potu i krwi. Codziennie kłaniałem się duchom o wschodzie słońca i powierzałem im swych pobratymców, gdy nastawał zmrok. Walczyłem z żywiołami, by udowodnić surowej naturze, że jestem jej godzien. Oddałem lawinie syna, który okazał się zbyt słaby i tylko raz jeden błagałem o litość, gdy Farite była na skraju śmierci. I ten jeden raz ją dostałem.

– Czymże tamci zapłacili za ich łaskę?! Garścią ziarna dla siwerniaków? Ochłapem zimnego mięsa dla niedźwiedzia? Głaskaniem i rozkładaniem posłania przy palenisku?! Uczynieniem z najdzikszych istot tej ziemi kolejnych gończych psów i jezdnych koni?!

Popatrzyła na mnie tymi ciemnymi oczami zmęczonej kobiety. Wyczułem w nich groźbę gromu i nawałnicy.

– Ta garść ziarna i ochłap mięsa są ich nagrodą, głupi – fuknęła. – Nie wiem, dlaczego ja, choć stara, pamiętam, jak ostatniej i poprzedniej zimy wędrowali tędy pojedynczy straceńcy, nierozumiejący gór i ponoszący za to największe ofiary. Opłacili tę łaskę przekroczeniem granic, które sami kiedyś sobie wyznaczyli. Dokonali czegoś, czyż nie?

Gotów byłem pognać tę drobną, żylastą kobietę, dumnie noszącą na ręku bransoletę splecioną z wysuszonych i zakonserwowanych trzewi wilka, przed którym lata temu ocaliła gołymi rękami starszego plemienia. Zaraz jednak zbiła mnie z tropu.

– Czym ty zapłaciłeś górom za lata rad druida znającego przyszłe czasy? Tak, wiedziałam, że we wszystkich tych ptakach jedna dusza się kołacze i słowa z niej się wylewają. Czym zapłaciłeś za łaskę, której nawet nie wszystkie widzące dostępują? Ciężkim naszym żywotem? Cóż w nim ofiarnego? Otrzymujemy zań błogosławieństwo życia wśród turni, patrząc w oczy niebu.

***

Musiałem więc wyjść samotnie na jeden ze szczytów i ponownie spojrzeć na Tyyine, by poznać, czy ofiarowałem im wystarczająco wiele. Mierząc się z uderzeniami wiatru, który chciał mnie zepchnąć z przypominającej kieł Nocnej Turni, patrzyłem w siebie. Byłem najbliżej nieba, jak tylko było to tutaj możliwie. Mięśnie miałem zmęczone, ale mniej niż gdym wracał z długich, szaleńczych polowań na kozice. Serce waliło w piersi, ale był to łomot kroków marszu, a nie podniecenia, jakie pamiętałem z dzieciństwa, gdy wraz z ojcem i matką uczyłem się tajników zdobywania przełęczy i odkrywania dróg wzdłuż kruchych, skalnych żeber. Dłonie miałem obtarte i obolałe, ale grube, skórzane rękawice uchroniły je przed skaleczeniami. Miałem przed sobą najbardziej monumentalny widok, jaki człowiek może ujrzeć – poniżej rozciągał się cały świat – a zapłaciłem za to tylko zmęczeniem niepodobnym do tego, jakie niosło codzienne życie. Czy człowiek zrodzony z gór może stracić do nich szacunek? Czy szorstkie słowa, którymi pouczałem zagubionych wędrowców z równin mogły stać się puste? Wiatr ponownie uderzył, a ja zachwiałem się i omal nie osunąłem ze szczytu. Upadłem na kolana, mocno wpijając palce między skały, by przetrzymać atak. Kiedy po chwili znów się wyprostowałem, zobaczyłem, że widok pode mną zniknął, zakryty grubą powłoką posępnych chmur.

Powróciłem do gniazda tylko, by pożegnać się z moją kobietą, widzącą i starszymi. Matce nie poważyłem się spojrzeć w oczy. Dziecięco bałem się słusznej nagany, jaką w nich ujrzę. Choć wiedziałem, że deszcze, które uderzyły ponownie na granie, nie były jej łzami zawodu, wstydziłem się przyznać, że dopiero teraz zacząłem pojmować, czego ode mnie oczekiwała od pierwszej chwili naszej rozmowy. Starannie dobrałem ekwipunek na tę podróż, dbając, by nie wziąć nic przydatnego moim pobratymcom ponad to, co było mi absolutnie niezbędne do przeżycia. Przypałętał się do mnie najmłodszy szczeniak Gorhada, który ledwie powrócił do gniazda z rodziną, wypełniwszy swoje nauki. Pierw nieśmiało, potem z zapałem począł mi pomagać. Pozwoliłem mu – była to dla niego kolejna nauka. Rankiem obaj zdumieliśmy się, jak lekki jest mój tobołek i jak niewiele broni potrzebuję przeciw górom.

Przez pierwsze dni czas jakby przyspieszył. Od świtu do zmierzchu przebiegałem granie, wspinałem się żlebami i schodziłem wąskimi szczelinami z przełęczy ku dolinom. Przekradałem się o włos od żołnierzy równin i wpatrywałem z lękiem w niebo, gdy za druidami ciągnęły się wstęgi dymów. Szukałem swojej szansy, by udowodnić górom, że zasługuję na ich łaskę. Lecz jakie jeszcze wyzwanie mogły mi rzucić, którego bym przez tyle lat życia nie przewalczył?

1

Comments

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *