Wielcy jak góry (część 1.)

***

Postawna, nieco skrzywiona sylwetka zaparta była groteskowo między dwoma głazami. Widziałem szerokie plecy odziane w białą koszulę poznaczoną bogato krwią. Obcy kucał, ale widziałem, że to ktoś wysoki, choć o nieproporcjonalnej budowie. Głowę miał pochyloną, schowaną w szerokich ramionach, a na plecy opadały mu długie, poplątane i ubrudzone krwią włosy. Dobyłem miecz o szerokim ostrzu, który służył mi od wielu lat za jedyną broń. Z tej wojny nic brać nie chciałem. Ruszyłem ostrożnie ku obcemu. Zza jego szerokich pleców dobiegł śmiech. Niepewny, ale i niekontrolowany. Dziecięcy. Przyspieszyłem. Byłem już blisko, gdy człowiek nagle się obrócił, wsparty ciężko o kamienie. Zobaczyłem plamy krwi na postrzępionej koszuli, okalające sterczące z piersi drzewce strzał. Mężczyzna trzymał w ramionach dziecko – najwyżej pięcioletnie – które teraz ścichło gwałtownie.

Patrzyliśmy na siebie. Jego bladość naprzeciw mojej twarzy zarumienionej od szybkiego marszu. Siność jego ust o uniesionych nieco kącikach i ciemna kreska moich warg, których nie umiałem zmusić do uśmiechu od czasu pierwszej choroby Farite. I spokój wieków w jego oczach. Coś, czego nie umiem porównać.

– Stój, nie wystrasz jej – wycharczał.

Spojrzałem na dziecko i dreszcz mnie przeszedł. Gdybym nie wiedział, z czym mam do czynienia, pomyślałbym, że ktoś niezdarnie przyodział dziewczynkę w kiepsko wyprawioną skórę koźlęcia.

– Kim jesteś? – spytałem.

Po jego twarzy przemknął żal. Podniósł się z trudem. Byłem pewien, że upadnie, ale on stawiał krok za krokiem, mimo trzech strzał tkwiących w piersi. Przewyższał mnie o głowę, a sam zwykłem górować nad mężczyznami. Jego splątane włosy kleiły się do twarzy zalanej potem, ale spokój i pewność siebie niemalże hipnotyzowały.

– Nie podchodź bliżej – ostrzegłem

– Musisz ją zabrać, Ryst. Żeby…

On dokończył tamto zdanie. Ale ja, głupi, skupiłem się na bzdurze. Jak dzieciak! Jakbym nie spędził ostatnich lat, słuchając bardziej jeszcze zaskakujących słów wypowiadanych głosem ptaków. Jakbym nie pojmował, że natura zna moje imię lepiej niż ja sam. Zamarłem. Dłoń spociła mi się na rękojeści miecza. On wyciągnął ręce, chcąc mi podać dziecko. Spojrzałem na obleczoną w kozią skórę nóżkę, zakończoną wąską racicą, na pojedynczy, niewykształcony jeszcze w pełni róg sterczący spomiędzy pofalowanych, kasztanowych włosów. Nie byłem zdolny pytać, skąd zna moje imię, ani nie chciałem dotknąć tego stworzenia, które było ucieleśnieniem dziczy. On czekał. Widziałem, że drżą mu ręce, a pierś unosi się w coraz cięższych wdechach.

– Weź ją, dumny głupcze! – ryknął nagle, osuwając się na kolana, ale tak, by chronić ciałem dziecko. – Słuchałeś ptaków w zaciszu swojej jaskini i w cieple namiotu. Snów i majaków! Teraz zaś…

Pojąłem, nim wypowiedział ostatnie słowa:

– … nie mam sił przybrać żadnej z tych postaci.

***

Była zadziwiająco lekka i zadawała się lać przez ręce, jak śpiący kot. Gdy zdała sobie sprawę z tego, że trzyma ją ktoś obcy, zaczęła kopać na oślep. Przydusiłem ją do piersi, by mi nie wypadła z rąk.

– Co z tobą? Co teraz? – spytałem, patrząc w oczy druida, którego tyle czasu szukałem.

Pierwszy raz widziałem jego ludzkie oblicze. Przypominał nieco mnicha – jednego z tych, których kiedyś ocaliliśmy w czasie śnieżycy. Wstał wreszcie z ciężkim sapnięciem. Pogładził drzewce strzał, jakby porządkował im pióra.

– Umrę.

Strzały te miały starannie toczone drzewce i opierzone były lotkami barwionymi na niebiesko i szaro. Wiedziałem, że mają wydłużone, kute groty, nieco rozszerzające się przy podstawie i piekielnie trudne to wyciągania z ran. Ludzie równin nakarmili swych pupili moimi braćmi, a teraz mieli odebrać życie dobremu duchowi mojego gniazda. Wiedziałem, że to nieuniknione, ale walczyłem o Wizana – jak nazwano go w moim plemieniu – jeszcze przez cztery dni.

Druid nakazał mi zaprowadzić nas do Pustej – jaskini, której progi przekraczałem rzadko i tylko, gdy musiałem. Z trudem przeczołgaliśmy się przez poziomą szczelinę otwierającą się na surową, olbrzymią komnatę wyżłobioną we wnętrzu góry. Wizan przeszedł jeszcze kilka kroków i usiadł, wodząc wzrokiem gdzieś po sklepieniu i oddychając ciężko. Dziewczynka na moich rękach znów zaczęła się wiercić. Z jej gardła wydobył się perlisty, na wpół świadomy śmiech. Odbił się echem wśród gładkich ścian, wrócił spotęgowany, drgając złowieszczo w moich uszach. Pusta była dotknięta jakimś straszliwym urokiem – pamiętałem to jeszcze z czasów, gdy jako dziecko wędrowałem z matką i ojcem po górach, przyjmując nauki. Zdawała się być doskonałym miejscem na kryjówkę – liczne, dobrze ukryte wejścia, bijące u stóp jednej ze ścian źródło, olbrzymie rozmiary (dwa albo trzy gniazda mogłyby bez trudu się tu zmieścić wraz ze wszystkim, co potrzebne, nie przeszkadzając sobie wzajem). A jednak było coś, co od niej odstraszało. Cisza, chłód i pustka. Choć po jednej ze ścian żwawo spływała kaskada, nikt nigdy nie słyszał jej dźwięków. Pod sklepieniem nie bytowały nietoperze i nigdy nie zdarzało się, by uciekające zwierzę szukało tu kryjówki. Kaskada i źródło były odbiciami wody duchów i nie należało ich dotykać żywymi dłońmi.

Ostrożnie postawiłem dziewczynkę na ziemi. Usłyszałem stukot jednego kopyta, gdy podbiegała do Wizana. Przyświecając sobie pochodnią, której płomień niewiele był w stanie wyłowić z mroku, ruszyłem na pamięć w stronę źródła. Słyszałem jak za moimi plecami mała druidka ociera się o rannego mężczyznę, jak chłonie zapach krwi. Sam go czułem na swoich dłoniach i odzieży.

Opłukałem ręce w wąskiej strużce cichej wody.

– Mój dziki brat potrzebuje was, duchy gór. I ja potrzebuję waszej niewzruszonej siły.

Piłem wodę duchów i poiłem nią Wizana. W moich ustach była gorzka, on mówił z rozmarzeniem o słodyczy. W ten sposób wiedziałem, że tak naprawdę już jesteśmy po dwóch stronach śmierci. Postanowiłem sobie jednak, że nie przyjmę tego do wiadomości, póki Wizan nie wyzionie ducha. Wyjąłem strzały z jego ciała i opatrzyłem rany tak dobrze, jak potrafiłem. Próbowałem odganiać małą, którą on kazał zwać Detere, gdy zlizywała jego krew albo szarpała palcami zmierzwione włosy, ale jej upór przerastał upór jakiegokolwiek znanego mi człowieka. Ledwo zabierałem rękę, już siedziała przy Wizanie. Ja też nie należałem do tych, co ustępują, ani tym bardziej nużą się powtarzalnymi czynnościami. Może nawet ten sprawdzian cierpliwości podobał mi się. Druid nie reagował. Ignorował zarówno moje zabiegi, jak i ruchy Detere. Wolałem wierzyć, że zapada się w cierpieniu niż, że jego świadomość odchodzi. Zapewne się myliłem.

Trzeciego dnia poczuł się lepiej. Zjadł kilka pasków suszonego mięsa, napił się porządnie, kazał przyrządzić sobie wywar na czarnych kamieniach, które polecił mi znaleźć. Trwałem właśnie nad ogniskiem, wpatrzony w buzującą, gęstą, czarną wodę, gdy dobiegł mnie jego głos:

– Ryst?

Uniosłem wzrok. Wizan siedział kilka kroków ode mnie, tuląc do boku uśpioną Detere.

– Ryst?

– Słucham.

– Co? – Otrząsnął się nagle, jakby obudzony ze snu. W jego oczach najedzonego drapieżnika zabłysło zdumienie.

– Wołałeś moje imię.

– Nie. Pytałem się go o twój dalszy los.

Odczekałem chwilę, ale milczał.

– Lepiej o swój pytaj. Albo o to szczenię. Cóż z nią dalej będzie? – podjąłem, świadom, że nie zmuszę go do podzielenia się wróżbą.

– Swój znam. Ona… Zabrałem ją ludziom równin. – Zbliżył się do mnie. – Zabrałem ją dworskim z wozu wypełnionego klatkami z psami, gołębiami noszącymi listy i wszelkimi innymi obłaskawionymi istotami. Zabrałem ją w nadziei, że przez tak krótki czas jeszcze jej nie oswoili. – Odchylił się i zgarnął kasztanowe loki z karku druidki. – Ale się spóźniłem. Piętno wgryza się pod skórę, sięga do serca.

– Ona nawet nie będzie pamiętała…

– Uwierz mi, każde zwierzę pamięta, jeśli raz jadło człowiekowi z ręki – przerwał mi twardo.

Zatopiłem znów spojrzenie w czarnym wywarze. Wspomniałem obraz druidki idącej łasić się do tych, którzy odebrali jej młode. Wstrząsnął mną dreszcz obrzydzenia.

– Możesz zabrać ją w dzicz, z dala od ludzi…

– Nie mogę. Umrę – przypomniał bezlitośnie. – Zresztą nie mógłbym nic zmienić. Mężczyzna może tylko obrobić skałę, jaką jest jego dziecko.

– Czemu więc ludzie są w stanie… – urwałem.

Znów przed oczami ten upokarzający widok. I wspomnienie walki, która wydarzyła się przed nim. Wizan pokiwał głową.

– Sam rozumiesz.

– Ludziom przyniósł ją orzeł? – spytałem pospiesznie, ale zbył mnie tylko pobłażliwym uśmiechem.

Nie mogłem dostać więcej wskazówek. Zresztą nie chciałem. Wiedziałem już, że muszę znaleźć jej matkę.

– Wywar jest gotowy. Zdejmij go z ognia. Wypijemy go wszyscy troje – rozkazał Wizan.

Detere broniła się straszliwie, gdy wlewaliśmy jej napój do ust. Gryzła, biła, wiła się jak wąż i parskała niczym kot. Futerko na jej ciele zaczęło się łuszczyć, schodzić pod palcami. W jego miejscu wyrastała wężowa łuska. Napar był gorzki i pełen ostrych, kaleczących wargi i język ziaren, ale po niczym nigdy nie czułem się tak silny.

Wizan umarł o świcie. Gdy poiłem go, Detere rzuciła się i chciała mnie powstrzymać.

– Zostaw! Nie wolno! – pierwszy raz usłyszałem jej głos. Był dziecięcy ale przy tym zabawnie skrzekliwy..

Zawahałem się, ale podałem Wizanowi wodę. Starałem się, by moje spojrzenie nie było pytające, ale i tak dojrzałem w jego oczach przyzwolenie. Wziął pierwszy łyk. Ja następny. Skręciło mi trzewia od goryczy. Nie mogłem złapać oddechu, palił mnie przełyk, a zawartość żołądka podchodziła do gardła. Z trudem powstrzymałem wymioty. Kiedy otrząsnąłem się z obrzydzenia, zobaczyłem, że druid leży z przymkniętymi oczami i spokojnym uśmiechem, a jego ciałem targają krótkie, gwałtowne dreszcze. Skóra drgała, jakby roiło się pod nią od robaków. Spod zwykłych, ludzkich paznokci wyrosły umazane krwią pazury kota, czaszka wysklepiła się, na czole wyrosły koźle rogi. Skóra zsuwała się płatami, jak u węża, a w jej miejsce wyrastały pióra.

– Przestań. Przestań. Przestań. Przestań – krakała nad nim monotonnie Detere, szturchając mężczyznę w ramię i zlizując rozdwojonym językiem węża łzy spływające po policzkach.

Podałem mu jeszcze wody.

– Słuchaj gór, Ryst – powiedział mi na pożegnanie.

Położyłem mu rękę na ramieniu, drugą, złożoną w pięść dociskając do ziemi. Rozdzierający skowyt Detere obwieścił mi jego śmierć.

Gdyśmy tylko zostali sami, poczułem przytłaczającą grozę Pustej. Przez ostatnie dni była dla mnie schronieniem i myślałem, że oswoiłem jej naturę, jednak góry szybko mi przypomniały, kto tutaj rządzi. Ostatni raz spojrzałem w świetle ogniska na Wizana, który teraz, zatrzymany w połowie przemiany, przypominał nienaturalnie powiększoną dziecięcą postać Detere i z małą w ramionach ruszyłem ku szczelinie, przez którą dostaliśmy się do jaskini. Choć szukałem, czołgałem się po ziemi, obmacywałem ściany, nie mogłem znaleźć wyjścia. Jakby skała osiadła, zamykając wszelkie drogi. Obszedłem całą Pustą szukając szczelin, które przecież znałem, jeśli nie z tych dni, to z wcześniejszych wypraw, podczas których nie miałem nigdy odwagi wejść głębiej. Zagubiłem się w miejscu, które było jedną wielką przestrzenią ograniczoną kamiennym sklepieniem! Nie bałem się. Jeśli góry postanowiły mnie tutaj zatrzymać, to mogłem być dumny ze swego grobowca. Czułem natomiast strach Detere – ona była za mała, by godzić się ze śmiercią.

– Wyjdziemy stąd. Wyjdziemy i odnajdziemy twoją matkę – obiecałem, zasiadając znów przy ognisku, które zdołało się prawie wypalić. Rozdmuchałem żar. – Później jednak. Nie poślemy zmarłego w przepaść, winniśmy mu chociaż czuwanie.

– Jak długo tu będziemy?

Nie wiedziałem. Ale czułem, że tchórzliwe odejście stąd bez dopełnienia rytuałów było błędem, który mógł mi być jeszcze wybaczony.

Tak też się stało. Dwa dni później, gdy siedzieliśmy w ciemnościach, a ja racjonowałem ostrożnie pozostałe nam zapasy, górami wstrząsnął dreszcz burzy. Czułem ją w skałach pod stopami, gdyż grzmot nie był w stanie rozedrzeć ciszy Pustej. Potem jednak doszedł mnie dźwięk monotonnego szumu górskich łez, które bez opamiętania wdzierały się do jaskini przez szeroką szczelinę w jednej ze ścian.

– Pora nam w drogę.

Detere wydała z siebie pisk rozradowanego szczeniaka.

Kiedy wreszcie wydostaliśmy się na powierzchnię, uderzył nas lament gór. Znaleźliśmy schronienie dopiero po wielu godzinach tułaczki w strugach deszczu. Detere, która w jaskini słabła i drżała przy każdym moim ruchu, śmiała się teraz i wskazywała mi z fascynacją pioruny bijące w szczyty. Raz w podskokach potknęła się i stoczyła kawałek po łagodnym upłazie. Potem znowu. Dostrzegłem, że jedna z jej stóp przekształca się w kocią łapę. Pazury zaczęły się czepiać kamieni, krok stał się nieregularny. Z ciekawością obserwowałem te przemiany, przyjmowane przez nią z podobną obojętnością i naturalnością, z jaką ja wspominałem swoje dorastanie.

KONIEC CZĘŚCI 1/2

3

Comments

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *