Wielcy jak góry (część 2.)

CZĘŚĆ PIERWSZA TUTAJ.

***

Miała zmysły zwierząt. Pierwsza, napięciem i drżeniem ostrzegła mnie o tym, że w pobliżu naszej jaskini, pojawił się człowiek. Szybko sam znalazłem ślady jego bytności. Musiał być jednym z nas, lecz wciąż mało doświadczonym. Pozwalał, by resztki paleniska zdradzały, kiedy opuścił swój obóz, pozwalał, by marnowały się kości zwierząt. Mimo tego musiał sobie radzić już dość długo i w ciężkiej pogodzie – byliśmy daleko od któregokolwiek z gniazd. Zostawiłem Detere w kryjówce i zacząłem śledzić ludzkie tropy. Przed wieczorem dostrzegłem syna Gorhada, sposobiącego się na spoczynek między krzewami kosówki. Chwilę obserwowałem jak starannie układa ognisko, jak wprawnymi ruchami rozpala zamokłe drewno. Miał silne ramiona, a przy tym nadzwyczajnie drobną sylwetkę. Podszedłem do niego otwarcie, nie chciałem go upokarzać zaskoczeniem. Wciąż nie przeszedłem swojej nauki, by próbować pouczać innych. Wstał i oddał mi honory, widziałem jednak, że jest przy tym stropiony i robi wszystko spieszniej niż miał wpojone. Pojąłem, że ten, kto zastępował mnie w gnieździe, rządził silną ręką.

– Ludzie ciężko chorują – powitał mnie tymi słowy. – Chłody i deszcze wysysają siły, brakuje żywności, ziół…

Usiadłem obok niego. Tego się obawiałem. Góry nie dają człowiekowi tyle czasu, ile potrzebuje. Albo jesteś gotów na wszystko tu i teraz, albo giniesz. I tak okazały nam wielką cierpliwość.

– Czekamy na ciebie. Trzeba działać – kontynuował. Ciemne, poważne oczy patrzyły na mnie czujnie, ale i wyzywająco.

– Wkrótce doliny się dla nas otworzą i odzyskamy siły. Teraz musimy jeszcze przetrwać. Zejdźcie niżej, na północne stoki Hewedy. Bliżej wody i żywności.

– Wszędzie tam są ludzie równin.

– Są, ale wkrótce odejdą.

– Nie mamy czasu! – W jego głosie zagrał gniew. – Chorych jest coraz więcej. Kobieta twoja w ciąży, słabnie z dnia na dzień.

Chłód zmroził mi serce. Pamiętałem nazbyt dobrze noce strachu, gdy Farite walczyła ze śmiercią. Wtedy wyrwała się jej ostatkiem sił i wróciła do gniazda. Teraz przychodziło jej walczyć o siebie i dziecko. Podniosłem się powoli, a syn Gorhada pochylił głowę, spłoszony nieco. Wypytałem o szczegóły i z każdym kolejnym jego słowem byłem coraz bliżej powrotu do gniazda. Nie zauważyłem nawet, kiedy zacząłem go prowadzić ku swojej kryjówce, w myślach uzasadniając to sobie potrzebą zabrania rzeczy. Tak naprawdę potrzebowałem otrzeźwieć. Stanąłem w progu jaskini. Detere czekała o krok od wejścia. Drobne palce niezdarnie splatały coś z traw, a zaopatrzone w pazury łapy dzikiego kota, drapały bezsensownie kamień. Usłyszałem jak młodzieniec wstrzymuje oddech i jak poprawia chwyt na włóczni.

– Nie spłosz jej – pouczyłem go.

Nie dał żadnego znaku, że pojął i nie spodobało mi się to.

– Zaraza – podjąłem niezrażony. – Jeśli kogoś ma zabić, to właśnie szczenię nieprzyzwyczajone do naszego życia.

– Co ty mówisz?

– Mówię, że góry narzuciły mi teraz inną drogę. Zejdę się znów z plemieniem, gdy będę mógł je powieść na hale…

– Tego właśnie potrzebujemy!

– Więc na to czekajcie.

– Jeśli teraz nie wrócisz, gniazdo nigdy nie zapomni, że je porzuciłeś.

Powstrzymałem się resztkami sił, by nie uderzyć mężczyzny.

– Nigdy go nie porzuciłem. Szukam mu przyszłości. Sam, bo najpierw muszę wiele swoich błędów naprawić. Być godzien znów iść wśród was.

– Nasi ludzie umierają, a ty troszczysz się bardziej o żywot tej poczwary…?

– Przysięgłem wiele lat temu duchom Tyyine – podobnie jak i ty – kłaniać się ich wyrokom, pokornie przyjmować deszcze i pieczę mieć nad ich prawami. Teraz też spełniam wobec nich obowiązek…

– Więc cię od niego uwolnię!

– Stój!

Ale włócznia już zatańczyła we wprawnym ręku, biorąc na cel małą. Rzuciłem się na Hernosa, uderzyłem barkiem w pięść i zepchnąłem rękę z włócznią.. Grot zazgrzytał o kamień. Usłyszałem za sobą pisk przestrachu, mieszający się z sykiem rozwścieczonego kota. Mężczyzna jednak nie odpuszczał. Dwa silne ciosy pięści spadły mi na twarz, ale wytrzymałem. Puścił włócznię i sięgnął po nóż. Odskoczyłem i moja dłoń zamknęła się na rękojeści miecza. Nie dobyłem go jednak. Mężczyzna dyszał ciężko, stojąc z obnażoną bronią w ręku. Choć jego atak mnie zaskoczył – i z nas dwóch to ja, przez rozbitą brew i płynącą z nosa krew, wyglądałem na przegranego – wiedziałem, że jeśli wyciągnę miecz, on będzie musiał zginąć. Taka kara należała się komuś, kto podniósł rękę na wodza. Obaj jednak wiedzieliśmy, dlaczego to zrobił. Spostrzegłem, że jeszcze szuka rozpalonym wzrokiem Detere, by nadać tej walce sens.

– Myślami byłem już przez moment w gnieździe i przy Farite – podjąłem, odsuwając dłoń od rękojeści.

Nie potrzebowałem już pokazywać temu wyrośniętemu szczeniakowi, gdzie jego miejsce. Było tutaj. Inaczej nie przypomniałbym sobie jego imienia akurat w tamtej chwili. Inaczej zawsze byłby tylko synem Gorhada.

– Wierz mi, że gdy tu szliśmy, szedłem do gniazda. Góry jednak chcą inaczej i ta istota mi o tym przypomniała. Nie pójdę teraz do naszego plemienia. Będę wciąż błądził za swoim losem. Raz mnie jednak już odnalazłeś i będziesz mnie odnajdywał co drugi lub trzeci wieczór, by zdawać relację i przekazywać moje rozkazy. Teraz zaś schowaj tę broń, nim będę musiał dobyć swojej.

– Nie pojmuję twojego wyboru. Może jednak inni wojowie i łowcy zrozumieją, czemu opieka nad małą druidką jest właściwą drogą dla wodza.

– Boję się, że pojmą jeszcze mniej od ciebie – mruknąłem. – Ty zaś zważaj od tej chwili na ton. Byłem ci przez moment bratem, z którym można się pobić i w chwilę później zapomnieć. Teraz znów jestem wodzem.

Powoli, z oporem, skłonił się. W przyklęku powtórzył rozkazy, które mu wydałem i chciał odejść. Kazałem mu jednak tę noc spędzić w jaskini ze mną i z Detere.

Obudziły nas wrzaski niosące się z dolin i szczęk broni. Kiedy otworzyłem oczy, druidka tkwiła u wylotu jaskini, sztywno wyprostowana, to zaciskając, to rozluźniając ludzkie dłonie i kocie łapy. Doskoczyłem do niej, niespokojny, czy nie narobiła hałasu i nie zwróciła na nas niczyjej uwagi. A byłoby czyją uwagę zwracać…

Niebo zalało się czerwienią olbrzymich skrzydeł. Ptaszyska, uskrzydlone jaszczury i wielkie koty przesłaniały słońce, ciągnąc w szponach i łapach sagany pełne czegoś, co pozostawiało smugi czarnego dymu na niebie. Mijały szerokimi łukami masyw Klangaru, z którego nieliczni zwiadowcy próbowali razić je strzałami i opadały ku dolinie. Detere obnażyła nierówne, żółte ząbki i blade dziąsła, szczerząc się jak zdenerwowany kot.

– Nie bój się. Nie na nas polują.

Hernos stanął za moimi plecami. Objąłem druidkę i delikatnie odciągnąłem w głąb jaskini.

– Pamiętasz moje słowa? – spytałem młodego wojownika.

Pokiwał głową i dostrzegłem w nim więcej pokory.

– Kiedy to się skończy? – spytał.

– Samo? Z nadejściem zimy.

– Będziemy martwi.

– Dlatego skończę to wcześniej. Ale ani ty, ani nikt z gniazda nie może czynić wbrew moim ruchom. To też im powtórz. I zapamiętaj ten poranek. Jeśli uderzą na nas, nic nas nie ochroni.

– Każdy z nas jest skałą, a i nasze kobiety…

– Każdy z nas nosi w sobie siłę gór, ale uśpiliśmy ją. Natura zaś nie znosi marnotrawstwa i karze nas za ignorowanie jej darów. Wytrzymajcie.

***

Przyszły najtrudniejsze dni próby. Rolą wodza jest działać. Gdzie trzeba ma wykuwać w skale stopnie, gdy trzeba – schodzić na samo dno pieczar, by piąć się po pionowych ścianach. Tak miało być. Tak chciałem, by było… Teraz zaś przyszło mi czekać, patrząc na rojące się u mych stóp ludzkie mrowiska – najpierw ruchliwe, pochłonięte pracą lub walką, potem nagle zastygłe w ciszy. Szukałem kryjówek coraz bliżej nich, przemierzałem patrolowane szlaki, kryjąc się jak spłoszony jeleń przed czujnymi zmysłami druidów i przypadkowymi spotkaniami z żołnierzami. Znajdowałem kolejne obozowiska, uczyłem się ruchów wojsk i gdzie tylko mogłem, wypatrywałem oczy za druidką, której wtedy, na moich oczach wydarto młode.

 Moi pobratymcy długo zwlekali z wykonaniem rozkazów. Kiedy wreszcie ruszyli w dół, szukać nowych siedlisk, ich widok wyparł spod moich powiek obraz ludzi rzuconych druidom. Wyszedłem na Przełęcz Zorzy, by móc od świtu im się przyglądać. Zmienili się – każdy, co do jednego. Choć wciąż mieli tę surowość gór, którą pielęgnowaliśmy w naszych dzieciach, w niepojęty sposób skarleli. Szli zgarbieni, ścisłym pochodem – ramię przy ramieniu. W środku niesiono na skórach chorych, którym nie starczyło sił, by iść. Było ich wielu. Zbyt wielu. Przy jednych noszach szedł Weghir – najstarszy z wojów, przyjaciel mego ojca i najciężej doświadczony przez życie człowiek w gnieździe – w ręku dzierżył włócznię z zawieszonym na jej czubku pękiem lisich, wilczych i gadzich ogonów. A więc i mą kobietę musieli nieść. Wielu z maszerujących wspierało się na kosturach czy włóczniach, a tylko nieliczni zachowali tę sprężystość ruchów, która znamionowała prawdziwego człowieka Tyyine. Stałem tam tak długo, aż wstęga pochodu przewinęła się przez grań. Marzyłem, by po prostu pognać za nimi. Zostawić Detere, ruszyć do walki… Przywlec zdradzieckich druidów za karki, rzucić do stóp Farite i kazać bestiom nosić zioła i świeże jadło z dolin. Później, już sam z górami, do zmierzchu szukałem w sobie tej harmonii, która mnie ogarnęła po spotkaniu z Wizanem. Wiedziałem przez moment przecież, co robię i dlaczego… A teraz znów byłem w punkcie wyjścia. Wściekły i butny. Spojrzałem ku szczytom, pragnąc, by teraz uderzyły, dały mi nauczkę, przeczołgały… Nic takiego nie nastąpiło. Aż do momentu gdy wróciłem do jaskini, w której zostawiłem Detere i spodziewałem się spotkać czekającego na kolejne rozkazy Hernosa.

Krzyki bólu, skowyt zaszczutego zwierzęcia przetkany w jakiś niepojęty sposób dziecięcym szlochem i straszny, niski warkot mieszający się z urywanym, ostrzegawczym wyciem. Dobyłem miecza i wpadłem do jaskini. Detere nie chciała zostawać sama przy ogniu, więc w środku było prawie zupełnie ciemno. Ledwie resztki szarości wdzierały się z zewnątrz – tyle, bym dostrzegł odblask w ślepiach i masę skłębionych wilczych i ludzkich sylwetek. Zapach krwi czułem zaś aż nadto wyraźnie.

– Detere! – ryknąłem, tnąc na oślep. – Detere!

Miecz uderzył z taką siłą, że bez trudu rozrąbał kości. Jeden z wilków wierzgnął i znieruchomiał gdzieś obok moich stóp. Powtórzyłem wołanie, cofając się o krok. Choć ciało samo parło do ataku, nie mogłem ryzykować, że zranię małą lub Hernosa. Jeden rzucił się na mnie, zęby wbijając w łydkę. Poczułem ciepło krwi, ale na ból nie miałem czasu. Ciąłem wilka po karku. Za słabo. Drugi zamach… Z głębi jaskini odpowiedział mi rozpaczliwy skowyt Detere. Dziwaczna gra dziesiątek zwierzęcych języków. Uderzyłem. Potężne szczęki puściły. Wyrwałem naprzód. Myślałem, że oczy już oswoiły mi się z półmrokiem, ale zrobiłem ledwo krok lub dwa i prawie runąłem, potykając się o Hernosa. Leżał na ziemi, osłaniając gardło. Charczał ciężko i jęczał z bólu. Wilki go jednak puściły. W półmroku dojrzałem, jak dwa potężne basiory skaczą na skalny występ, na którym schroniła się Detere.

– Wstawaj! – ryknąłem na mężczyznę, patrząc, jak jeden z wilków chwyta drobną istotkę za nogę i ściąga na dno jaskini.

Człowiek dźwignął się na przedramionach. Nie mieliśmy szans zdążyć…

Detere uderzyła o ziemię i odbiła się od niej w mgnieniu oka. Wilk zaatakował, rozdziawiając szeroko paszczę i… nadział się wprost na ostre, długie rogi, wieńczące główkę dziecka. Potworny charkot na moment zniechęcił i drugiego drapieżnika. Wykorzystałem chwilę i dopadłem do druidki. Przycisnąłem ją do ściany, osłaniając, jak tylko mogłem. Słabość zaczęła wlewać się i we mnie. Chwyciłem miecz oburącz, czując, że zaraz wyślizgnie mi się z palców. Rozszalały wilk spiął się do skoku. Uniosłem miecz do ciosu, ale w tym momencie zwierzę targnęło się nagle i w śmiertelnych drgawkach padło na ziemię. Za nim, na tle wyjścia z jaskini, dostrzegłem zarys klęczącej sylwetki, zapartej o włócznię ze złamanym drzewcem.

  Na drżących nogach powlokłem się do niszy, w której czekało drewno. Rozpaliłem kilka szczap. Hernos trwał na kolanach, zlany krwią i przerażająco blady nawet w żółtym świetle ognia. Z przerażeniem wpatrywał się w umazane posoką ręce, dotykał szyi i piersi. Odwróciłem wzrok, by dać mu tę chwilę rozpaczy… Detere – to małe, poszarpane zwierzątko, z odgryzionym uchem i płatami koźlej skóry zerwanymi z nogi i podbrzusza – stała pod ścianą. Stała! Jedną ręką czepiała się kamieni, drugą zaś odwiodła od siebie, jakby chciała udawać, że dłoń z odgryzionym palcem nie należy do niej. Rozszerzone, błyszczące oczy wpatrywały się we mnie z napięciem i bólem. Nieustępliwość gór mieszała się w nich z dziecięcym wołaniem o troskę.

– Usiądź spokojnie. Będziesz żył – zwróciłem się do Hernosa. – Nie obawiaj się, przetrwasz.

Skinął głową, ale widziałem, że bliskość śmierci go przytłoczyła. Usiadłem obok niego. Detere, uspokojona osunęła się na ziemię. Począłem oglądać rany mężczyzny, zza pleców zaś dobiegło mnie mlaskanie i pełne obrzydzenia prychnięcia, gdy druidka próbowała zalizywać rany. Jej ludzki język się do tego nie nadawał. Hernos odepchnął moje ręce.

– Ona…

Pokręciłem tylko głową. Coś we mnie rwało się, by ratować poranioną dziewczynkę. Pamiętałem jednak o piętnie na jej karku. Opieka nad dzikim zwierzęciem zostawia mu podobny ślad co niewola i tresura. Natura dała Detere lekcję i mała musiała przejść ją do końca. Zapamiętać, że zapach koźlęcia wabi wilki, że ludzka ślina nie goi ran, że kocie pazury lepiej mieć na dłoniach niż stopach, jeśli chodzi się na dwóch nogach. Dopiero, gdy zrobiła, co mogła i wcisnęła się w najciemniejszy kąt jaskini skomląc cicho, a ja skończyłem opatrywać Hernosa, podszedłem, by obejrzeć jej rany. Kiedy wyciągałem do niej dłonie, widziałem siebie, odgrzebującego ciało spod ostrych kamieni zniesionych przez lawinę. Nie chciałem pamiętać, czyje, ale wiedziałem, że wówczas również coś dławiło mnie w gardle i wprawiało ręce w drżenie.

1

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *