Wielcy jak góry (część 2.)

I stało się. Ludzie Tyyine przeciw obleczonym w ciało duchom Tyyine na smyczy ludzi równin. Walka, która nie miała tu prawa bytu, rozpętała się w jednej chwili, a wraz z nią nawałnica, pod której naporem jęknęło zbocze góry. Z obnażonym mieczem dopadłem do pierwszych walczących. Wycinałem sobie drogę, kalecząc rozszalałe bestie i dźwigając na nogi rannych ludzi. To, co było obowiązkiem wobec mojego ludu nagle zmieniło się w żądzę walki. Zapominałem o celu – liczyło się tylko to uderzenie. I kolejne, poprzedzone zwodem. I unik, odskok, rozpaczliwe pochwycenie równowagi na ruchomych kamieniach i wspólne natarcie wraz z pobratymcami na rozszalałego, umazanego krwią niedźwiedzia. Ryknąłem na całe gardło, gdy druid stoczył się w po stromym zboczu i wykrzyczawszy rozkazy do wojów pognałem w stronę skrytego gniazda. Nieco poniżej niego dziwaczny wilk o tylnych łapach jaszczura szarpał się z powalonym na plecy Gorhadem. Wojownik zaciskał mu potężne dłonie na gardle, walcząc o to, by nie dopuścić najeżonych zębami szczęk do swojej szyi. Na pomoc biegł mu Hernos, z trudem przeskakując po kamieniach. I ja się chciałem do niego rzucić, gdy moich uszu dobiegł sokoli krzyk Detere. Przez sekundę patrzyłem jeszcze w oczy Hernosa, który pojmował, że nie zdąży pomóc ojcu. Ta wymiana spojrzeń kosztowała mnie uczynienie sobie z niego wroga. Obróciłem się.

– Nie! Jest chory! Albo młody! Nie! Przestań!

Gdyby instynkt nie gnał mnie do działania, oniemiałbym. Farite – ta sama, której życie wiecznie wisiało na włosku, ta najsłabsza i pogardzana nawet przez szczenięta mych braci – wisiała teraz uczepiona ramienia wojownika, próbując odwieść go od zadania śmiertelnego ciosu. Pod jego stopą leżała ranna Detere, tłukąc bezradnie skrzydłami i drąc się z całych sił.

– Nie! Jest słaby, zostaw go! Masz innych! – krzyknęła Farite.

Pchnął ją na kamienie.

– Jest ludzi równin, głupia! – warknął .

Ta chwila mi wystarczyła. Stanąłem naprzeciw niego, klingą zbijając uniesioną włócznię na bok.

– Oszczędź! – rozkazałem.

Odstąpił. Rzucił się w chaos obozowiska dramatycznie bronionego przez starych, kobiety i nielicznych wojowników, którzy nie zeszli niżej. Farite leżała tam, gdzie upadła. Przytomna, ale bez sił, by się podnieść. I to nad nią się spotkaliśmy. Ja z Detere na ręku i ona – wilczyca o jaszczurczych łapach. Przyskoczyła do mojej kobiety pierwsza, lecz krzyk małej musiał znaleźć oddźwięk w jej zwierzęcym umyśle. Znieruchomiała na moment, czujnie wyprężona. Rozkazem osadziłem w miejscu łowcę, który chciał wykorzystać ten moment. Detere wiła się w moich rękach, popiskiwała, prężyła i przymilała jak kociak.

– Mam twoje młode – rzuciłem, zapewne zupełnie niepotrzebnie.

Starsza druidka jednym susem przeskoczyła nad Farite i ostrożnie złapała w zęby ptaka. Ledwo jednak go pochwyciła, targnęła łbem i z wściekłym warknięciem rzuciła nim o ziemię.

– Złe młode! Ludzkie młode! Młode ludzi, których trzeba zabić – wycharczała.

Detere próbowała zbliżyć się do pyska wilczycy, ale ta odepchnęła ją ponownie. Żądza krwi, która na moment między nami wygasła, rozgorzała z nową siłą. Bestia rzuciła się na mnie. Uskoczyłem. Gdy jej szczęki chwytały powietrze o włos od mojego biodra, spostrzegłem, że w skudlonym futrze na karku pobłyskuje jej ogniwo łańcucha z doczepionym doń drewnianym znakiem. Poznałem wzór – identycznym napiętnowano Detere. Miast ciąć z całych sił, uderzyłem płasko, zrywając z grzbietu druidki płat skóry. I wyłuskując amulet ludzi równin.

– Ludzkie młode! Tak! Ludzi, którym jesz z ręki! Ludzi, którzy ci je wyrwali! Ludzi, których symbol nosisz! A teraz będziesz nosiła nasz! – Wrzasnąłem z całych sił. – Będziesz nosiła mój!

Próbowała się odgryźć, ale balansując na granicy równowagi zaszedłem ją z boku i znów uderzyłem. Miecz gładko rozpłatał skórę na boku bestii.

– Będziesz miała moje znaki tak długo, aż ją znów poznasz! Aż ją zabierzesz, gdzie wasze miejsce!

Kolejny szybki cios. Druidka osłabła, przednie łapy się pod nią ugięły. Chwyciłem ją za poszarpaną skórę na karku i zawlokłem do Detere. Puściłem, gdy zaczęła ją obwąchiwać. Zawyła przeciągle i znów przycisnęła nos do pokrwawionych piór. Na jej sygnał odpowiedziało kilku innych druidów, jakby połączonych nicią wspólnych odczuć. Ich ataki straciły zajadłość, choć nie była ich przywódczynią. Poznałem, że zdobycie władzy nad jednym z nich otwierało drogę do spętania innych i poczułem wstyd, że Tyyine pierwszym pokazały to ludziom równin. Kolejni druidzi wykrzykiwali duchom swój ból i straty. Walka straciła rytm, zmieniła się w dziwną huśtawkę agresji i pokory. I może lepiej, że ten rozszerzający się sygnał dobrowolnego niewolnictwa przerwało przybycie Derhila z odsieczą wojów.

– Ilu zbiec spróbuje, żywcem puszczać! – krzyknąłem do pobratymców, pewien, że mają inne zamiary.

Odpowiedziało mi urywane zawodzenie druidki.

– Zabieraj ją i uciekaj w regle. Tam twoje miejsce! – krzyknąłem do niej.

– Żywcem puszczać! – powtórzyłem, widząc jak jeden z wojowników zamierza się na pełznącego ku żlebowi rannego żbika.

Była taka chwila, gdy panowałem łatwiej nad druidami niż ludźmi, którzy powinni być mi posłuszni. Pewien już byłem, że zaraz instynkt walki bestii weźmie górę i znów rozpocznie się rzeź. Pogodził nas ostrzegawczy jęk turni i huk kamieni zwiastujący śmiercionośne niebezpieczeństwo. Lawina gnała na Wietrzysko z przeciwległego nam masywu Kalande. Widzieliśmy jak rośnie, wchłaniając w siebie napotkane kamienie, gęste kosówki i pojedyncze drzewa, jak nabiera prędkości, by uderzyć w dolinę. Staranowała w pędzie drewniane konstrukcje obozu ludzi równin i zmiotła część namiotów. Nie musiałem patrzeć, by wiedzieć, że zniszczyła zagrody i klatki druidów, którzy oswoili już nawet niewolę. Kiedy zapadła cisza spostrzegłem, że walki ustały. Byliśmy przez moment jednym klanem, onieśmielonym manifestacją siły Tyyine. Czułem na sobie spojrzenia ludzi i druidów. Przepełnione żądzą, lecz już nie walki, a przeżycia. Pochyliłem się i podniosłem z ziemi półprzytomną Farite. Z trudem powstrzymałem się, by nie musnąć na pożegnanie piór małej Detere.

– Odejdźcie teraz. Zwołujcie zewsząd istoty swojej krwi. Nastał czas porządków w dolinach.

Nie czekałem ich reakcji – wystarczająco czułem zapach ich poddańczości. Usłyszałem, że druidka, której imienia nigdy nie poznałem, wydaje z siebie jeszcze jeden okrzyk. Podjęli go ci, którym starczyło sił. I zaczął się powolny, mozolny odwrót.

***

Deszcze padały jeszcze pięć dni. Po nich zaś odsłoniły się przed nami pierwsze drogi ku życiu. Zeszliśmy w dolinę, z której odwołano oddziały pod karmazynowymi sztandarami, oślepłe nagle i bezbronne, gdy straciły pomoc druidzkich zwiadowców. Kto spośród nas miał siłę, skwapliwie pomagał żołnierzom odnajdować drogi ku ziemiom, na których od dziesięcioleci toczyli swoje wojny nie naruszając prawa gór. Tego nie potrzebowaliśmy im odbierać. Z dolin wracaliśmy na granie z ziołami, owocami, korzeniami i mięsem. Odbudowywaliśmy zniszczone jurty na graniach i szykowaliśmy się na zimę. Znów z rzadka widywałem bladą twarz Farite. Nie bałem się jednak o nią. Wstydziłem się tylko, że wcześniej nie dostrzegłem, iż wykuta jest z tej samej skały co my wszyscy.

Ostrzeżony przez Wizana o sile piętna, codziennie walczyłem z pokusą rozszerzenia swojej władzy na tych, szczęściem nielicznych, druidów, którzy nie zapomnieli jeszcze o cieple ludzkich schronień i garnęli się ku nam. I codziennie surowe, butne spojrzenia moich pobratymców wynagradzały mi ten trud. Nie mógłbym patrzeć w mdławe ślepia gończych psów. Bestia, żeby pozostać bestią musi być wolna. Jeśli przychodzi do wodzów i widzących to z błogosławieństwa Tyyine. Ja takiego błogosławieństwa kiedyś już dostąpiłem i nie wierzyłem, bym był go godny ponownie.

W nocy, w trakcie powrotu z jednej z wypraw w doliny, obudził nas huk lawiny przetaczającej się w oddali. Razem z Derhilem i Rohadem czas jakiś pozostawaliśmy czujni, potem znów ułożyliśmy się pod grubymi pledami i zapadliśmy w sen. Następnego dnia o świcie dotarliśmy do gniazda.

Detere czekała na trawie, kilkadziesiąt kroków od pierwszych schronień. Zdawała się wygrzewać na słońcu, pod czujnym okiem wojów, stojących nieopodal. Rozpoznałem ją od razu, choć opanowała już sztukę przybierania jednolitej ludzkiej formy i podrosła tak, że można było ją brać za dziecko zbliżające się do czasu zakończenia nauk. Dałem znak pozostałym, by odeszli, a sam ruszyłem w jej stronę. Spięła się, błyskawicznie stanęła na nogi, widziałem, że łowi mój zapach. Potem na okrągłej twarzy rozlał się uśmiech.

– Odejdź lepiej – rzuciłem.

Pokręciła okoloną kręconymi włosami głową.

– Obiecałeś znaleźć mi matkę – odparła.

– Oddałem cię…

– Nie… Ona szła dalej za ludźmi. – Przesunęła kocim językiem po nagle zaostrzonych kłach. – Jadłyśmy, co jej rzucili. – Ucichła, a ja zastanawiałem się, czego oczekuje. Współczucia? Gniewu? – Góry ją zabrały – wyrzuciła nagle z siebie i był to znów głos skrzywdzonego szczenięcia.

– Wyrosłaś. Poradzisz sobie – mruknąłem, ruszając w stronę gniazda. – Nie idź za ludźmi.

– Ryst!

Szedłem dalej, nie oglądając się za siebie.

– Ryst!

W głowie obijał mi się jej dziecięcy głos.

– Ryst!

– Uciszyć ją? – spytał jeden z obrońców.

– Tylko spróbuj – warknąłem.

Sama ucichła. Do wieczora jeszcze tułała się przy obozowisku, na noc zniknęła gdzieś wśród skał. Nie spałem aż do świtu. Gdy tylko zamykałem oczy widziałem tę lawinę sprzed lat, która zabrała mojego syna, bezradną rozpacz na twarzy Farite, gdy kolejne dziecko urodziło się martwe, i ten moment, kiedy druidka odrzuciła Detere.

Słońce jeszcze nie rozegnało w pełni mroków nocy, gdy opuszczałem gniazdo. Odprowadzało mnie tylko czujne spojrzenie matki. Ono też pierwsze mnie powitało, gdy wróciłem z Detere przyciśniętą ufnie do mojego boku. Nie umiałem z niego odczytać myśli kobiety, ale w chwili, gdy spojrzenia jej i małej się spotkały, zrozumiałem, że nie oswoiłem jeszcze druidki. Moja matka niczego się nie lękała. A jednak cofnęła się pół kroku i wykonała jakiś uspokajający gest w stronę dzikiej. Powoli, by nie przestraszyć swojej kobiety, wszedłem z Detere do namiotu.

– Znalazłem ci młode – powiedziałem do żony. – A tobie matkę.

Druidka skinęła głową, jej włosy nieco się zjeżyły. Farite uśmiechnęła się bez śladu obawy.

– Dobrze – powiedziała, jakbym przyprowadził sierotę po bracie, a nie uosabiającą zmienność natury dziką istotę. Przez następne noce nasłuchiwałem gromów i czekałem na deszcz. Przyszedł w końcu, lecz gdy nastał, wiedziałem, że nie jest dla mnie karą, lecz nagrodą. Mogłem to wyczytać z energii, z jaką Farite krzątała się po gnieździe.

KONIEC CZĘŚCI 2/2

3

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *