Po kiego diabła?

Wieje i sypie śniegiem w gębę. Szczypie, kłuje, wdziera się pod nauszniki kasku. Grań jest szeroka, wspina się lekko, więc jodełkuję jak głupia, przeklinając pod nosem.

Po diabła tu lazłam?

W tych warunkach niewielu chętnych na nieprzygotowane trasy. Przed nami tylko świeży ślad pojedynczych nart… A nie, już nie. Skręcił w prawo i pomknął w dół, idealnie obok tabliczki informującej o tym, że „zbocze zamknięte z powodu zagrożenia lawinowego”. No to zostajemy my i lekko już zawiane ślady buciorów. Znaczy: snowboardzisty. W tej chwili mu zazdroszczę – deska pod pachę i można by spokojnie pójść. Ale w butach narciarskich nie ma tak łatwo.

No to jodełkuję na tych przeklętych zjazdówkach dalej. I przeklinam dalej.

– Ha! Zaczyna się zabawa.

Piotrek stoi zaparty na kijkach i patrzy w dół. Wzdycham. W wyobraźni już to mam: brak widoczności i świeży, kopny śnieg. Warunki, w których słabo jeżdżę i których się trochę boję.

Po kiego diabła…?

Na przykład po tego…

Ze skraju grani rozpościera się bajkowy widok. Mgły, wbrew oczekiwaniom, zostają na szczytach. Pokryte bielą zbocze opada stromo, by zaraz wspiąć się na garb i dalej łagodnie sięgnąć ku wyspom świerków i jodeł. Gdzieś między nimi chowa się lekko zawiany już ślad snowboardzisty – jedyna rysa na idealnie gładkiej powierzchni świeżego, miękkiego śniegu.

Dla zabawy próbuję trzymać się tej linii. Narty nurkują w puchu, kolano szarpie bólem – nie lubi, gdy jeżdżę na tyłach, ale w tych warunkach nie mam wyjścia. Rozpęd, znów mroźne igiełki na twarzy. Czuję, że jestem na granicy kontroli, porzucam więc widmo snowboardzisty. Nie na moje umiejętności. Wpadam w kilka skrętów. Jedna noga grzęźnie na moment w zmrożonych grudach, druga dalej tonie w puchu. No, ten rozkrok nie wyglądał zbyt elegancko, ale przynajmniej ustałam. Hamuję przy traserze i oddycham głęboko. Zerkam z satysfakcją za siebie, na linię, którą zostawiłam na stoku.

Piotrek wybija się na muldzie, grubo poniżej mnie. Trzeba podgonić. Narty znów nurkują, ciągną w dół trochę szybciej niż bym chciała. Próbuję ich kilka razy – jeszcze się słuchają. Skręt przed wyspą niewysokich drzewek… Ha! Nawet z gracją!

Dupa, nie z gracją…

Przody grzęzną w ciężkim, mokrym śniegu ukrytym pod świeżą warstwą. Jedna narta się wypina, druga woli robić za katapultę. Krótki lot i nurkowanie twarzą w zimnym puchu. Nie jest tak przytulny jak wygląda. Wypluwam śnieg i otrzepuję przyczepione do kasku pluszowe uszka. Teraz tylko odkopać kijek i jakoś się wpiąć…

Docieram do Piotrka kilkadziesiąt metrów niżej. Ma usta zasłonięte szalikiem, a oczy ukryte za lustrzaną szybką gogli, ale po radości, jaka od niego bije już wiem, że widział mój popis.

Po tego diabła też.

Zaraz za ostatnim zjazdem znów jodełka, mocna praca kijkami, pot, dyszenie i… zamarznięta kaskada. Amfiteatr sopli. Półprzejrzyste kurtyny i wyciągnięte groźnie szpony przybierają w sinawym świetle pochmurnego dnia najdziwniejsze barwy. Spieszymy się… Ale nie teraz. Oglądamy.

I po tego również…

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *